Po co iść do klubu, jak można pójść do teatru? – recenzja spektaklu „Miłość w Leningradzie” (Teatr Miejski w Gliwicach)

Nie oczekujcie klasycznego spektaklu. To nie jest nawet musical. To permanentna balanga, gdzie są tańce, śpiewy a alkohol leje się litrami. Jako widzowie jesteśmy na nią zaproszeni, ale czy wszyscy
są na to gotowi?

Continue reading „Po co iść do klubu, jak można pójść do teatru? – recenzja spektaklu „Miłość w Leningradzie” (Teatr Miejski w Gliwicach)”

Reklamy

Tak miało być! – „Fatalista” (warszawski Teatr Dramatyczny)

„Fatalista” w reżyserii Wojciecha Urbańskiego to rewelacyjnie zagrany, zabawny, ale również niepozbawiony refleksji spektakl. Bez zawahania napiszę, że to najlepsza z premier, które pojawiły się w Teatrze Dramatycznym od początku tego roku.

Continue reading „Tak miało być! – „Fatalista” (warszawski Teatr Dramatyczny)”

Terapia nie z tej ziemi – „Boże mój!” (Teatr Polonia w Warszawie)

„Gdzie jest Bóg?” – takie pytanie wielu z nas stawia, kiedy w życiu naszym czy innych ludzi dzieje się coś złego. A jeżeli on jednak nie jest wszechmocny? A na dodatek ma dosyć nas, siebie, swojego „życia” i najzwyczajniej w świecie popadł w depresję.

Continue reading „Terapia nie z tej ziemi – „Boże mój!” (Teatr Polonia w Warszawie)”

Umrzeć, zasnąć, śnić może nawet… – „Hamlet” (warszawski Teatr Dramatyczny)

„Hamlet” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego to może niezbyt idealne przedstawienie pod względem scenograficznym i kostiumowym, ale wspaniałe ze względu na aktorów, którzy tam grają i są tego spektaklu największą wartością.

Teatr Dramatyczny w Warszawie rozpoczął świętowanie swoich 70. urodzin z przytupem. Hamlet” Williama Szekspira to klasyka, z którą mierzyło się już wielu. Nad reżyserem oraz zespołem aktorskim wiszą widma legend, które tworzyły to przedstawienie przed nimi. A na scenie Teatru Dramatycznego wystawiono tę sztukę już trzy razy. Pierwszym Hamletem oraz jednocześnie reżyserem był w 1962 roku Gustaw Holoubek. W 1979 roku w rolę tytułową wcielił się Piotr Fronczewski, a reżyserią zajął się znowu poprzedni Hamlet (który tym razem wziął na siebie rolę jednego z aktorów). 13 lat później główną rolę zagrał Mariusz Bonaszewski, a reżyserem spektaklu był Andrzej Domalik. Czy na miano legendy zasłuży również Krzysztof Szczepaniak?

Coś, co było często podkreślane w wywiadach udzielanych przez Tadeusza Bradeckiego, reżysera spektaklu, to nowe tłumaczenie tekstu autorstwa Piotra Kamińskiego. I ten tekst nie jest zły, absolutnie! Jednak nie jestem w stanie go do końca obiektywnie ocenić. A powód jest jeden – jeżeli chodzi o Szekspira, to jestem zagorzałą fanką tłumaczeń Stanisława Barańczaka. Uważam, że są najlepsze i mają pełno smaczków, których brakuje poprzednim wydaniom. Tutaj dostajemy nowe, czwarte już tłumaczenie i zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze można wycisnąć z tekstu, który od setek lat jest taki sam? Jasne, można bardziej nowocześnie przetłumaczyć parę kwestii, dodać parę słów na k… i zmienić szyk zdań, żeby brzmiały jaśniej. I tak, przemawia przeze mnie uwielbienie do Barańczaka, więc proszę, aby autor nie brał tego do siebie, bo z drugiej strony – klasyczny Kowalski nic nie zauważy i pewnie mu się to spodoba. A ja przed spektaklem przypomniałam sobie Hamleta w mojej ukochanej wersji, więc po prostu włączyła mi się maruda.

beznazwy.png
fot. Katarzyna Chmura

Pierwsza scena to był mój zachwyt nad scenografią – fantastycznie zrealizował te momenty „na zewnątrz” Andrzej Witkowski. Można było poczuć fantastyczny klimat, w pierwszym momencie poczułam nawet na ciele ciarki, a następnie… Następnie akcja przeniosła się do pałacu i tam wyraźnie mi czegoś zabrakło. Chociażby jakiegoś tronu. Wspaniale, że scenografia była mobilna, można było ją szybko przesunąć i tak dalej, ale gdybym ją zobaczyła jako odrębne dzieło, to w życiu bym nie powiedziała, że ma to jakikolwiek związek z duńskim Elsynorem.

Delikatny problem mam również z kostiumami (także autorstwa Andrzeja Witkowskiego), ponieważ spora część aktorów wyglądała, jakby jedną nogą byli we współczesności, a drugą jeszcze w czasach Szekspira. Oczywiście, rozumiem zabiegi pod tytułem: zbliżamy bohaterów do widzów, ubierzmy ich nowocześnie (tak, jak to miało miejsce w „Śnie nocy letniej”. Taka sama sytuacja wystąpiła również w innej sztuce Bradeckiego, którą widziałam w Teatrze Śląskim, czyli „Poskromienie złośnicy” (bardzo polecam!)). A tutaj… Chodzi mi o najprostszą rzecz, czyli o konsekwencję, jakąś spójność. Od strony wizualnej moje poczucie estetyki mówi nie. Ale od strony metaforycznej (i to przeczytałam w recenzji pana Krzysztofa Biedrzyckiego i chciałabym po prostu przyznać mu rację), to może być również sposób na pokazanie ponadczasowości utworu. Moje uczucia pozostaną jednak mieszane.

Mimo że dookoła może nie jest idealnie, to aktorzy ciągną ten spektakl ku górze i są jego największą wartością. Tak jak pisałam na początku – w rolę tytułową wcielił się Krzysztof Szczepaniak. Kiedy tylko usłyszałam, że zagra Hamleta, nie miałam wątpliwości czy da radę. Ze spektaklu na spektakl pokazuje tylko jakie ma w sobie ogromne pokłady talentu. Widać było, jak ogromną pracę wykonał przygotowując się do tej roli. Było i szaleństwo i łzy, ale również wyeksponowany czarny humor, co mnie najbardziej ucieszyło, bo niektórzy uważają, że Hamlet” to taka bardzo poważna sztuka. Jednak da się z niej wyciągnąć coś zabawnego. A Szczepaniakowi na pewno pomogła przeszłość, bo przecież ma za sobą takie role jak Arlekino w “Słudze dwóch panów” czy Lola w “Kinky Boots”. Wracając jednak do Hamleta – na pewno tą rolą zrobił ogromny krok do tego, aby zostać legendą.

Anna Moskal – bez zarzutów. Zagrała idealnie. Tak sobie wyobraziłam królową Gertrudę. Dodatkowo zauroczył mnie fakt, iż poza tym, że wyglądem przypomina aktorkę Tildę Swinton, to w swej scenicznej charakteryzacji przypominała mi również królową Kier z Alicji w Krainie Czarów” w adaptacji Tima Burtona. Wybuchowa mieszanka. Podziwiam ją za scenę konfrontacji z oszalałym już Hamletem. To było fantastyczne. Na scenie towarzyszy jej Maciej Wyczański, który zaskoczył mnie bardzo pozytywnie (wspaniała scena modlitwy) jako król Klaudiusz. Co prawda mógł bardziej się przejąć, kiedy królowa Gertruda wypijała zatrute wino, ale ogólnie oceniam jego występ jako bardzo dobry.

Wśród aktorów wcielających się w postaci drugoplanowe najbardziej wyraźny jest Mateusz Weber jako Horacy. Jednak czuję się trochę zawiedziona, bo to aktor, którego niezwykle sobie cenię, a on znowu pojawia się tak bardziej z tyłu. Nie sposób nie wspomnieć o Mariuszu Wojciechowskim, który razem z Krzysztofem Szczepaniakiem doskonale wprowadzali do spektaklu humor, o którym już pisałam wcześniej. Utwierdziłam się również w moim przekonaniu, że Adam Ferency to sceniczny mistrz. Genialna recytacja, kiedy wciela się w rolę jednego z aktorów, to moment, w którym cała reszta obsady mogłaby dla mnie nie istnieć. Obok niego wcielają się w rolę aktorów również Zbigniew Dziduch, Henryk Niebudek (tak samo, jak w Śnie Nocy Letniej – ciekawy zabieg) oraz Kamil Sigmunnd. Na uznanie zasługują również Piotr Bulcewicz oraz Marcin Wojciechowski, którzy wcielają się w role przyjaciół Hamleta: Rosencrantza oraz Guildensterna. Może w swoich strojach wyglądali jak z żurnala, ale role wykreowali świetnie. Zrobili z tej dwójki bohaterów takich obślizgłych typków, którzy zrobią wszystko, aby tylko podlizać się królowi. I jeszcze Modest Ruciński – bardzo mała rola, ale jedna z takich, która silnie zapada w pamięć. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę go w czymś jeszcze. Intrygujący.

adam ferency.png
fot. Katarzyna Chmura

Mimo, że piszę o aktorach jako największej wartości tego spektaklu i naprawdę chciałabym tylko chwalić, to niestety nie mogę. Nie potrafię przełknąć tego, co zobaczyłam na scenie w wykonaniu Martyny Byczkowskiej. Jej Ofelia wyglądała jak urwana z innej bajki. Beznamiętna, niewyraźna. A do tego relacja, która pojawiła się między Ofelią, a jej bratem – mocno niezdrowa. Mam wątpliwości, co do tego, w jaki sposób rzuca się z miłością na Laertesa. W II akcie było trochę lepiej, ale nadal mi czegoś brakowało. I absolutnie nie obwiniam tu całkowicie Martyny Byczkowskiej, bo ktoś musiał ją pokierować, zaakceptować taką wersję, ale uważam, że przed nią jeszcze sporo pracy. Jestem ciekawa, jak rozwinie się jej postać za kilka miesięcy.

Mam parę uwag co do gry, ale niewątpliwie wynikają one z tego, że to był dopiero pierwszy spektakl po premierze i pewne sceny aktorzy muszą sobie jeszcze między sobą ograć. Zdarzało się, że aktorzy wchodzili sobie w słowo, zapominali tekst, ale najczęściej potrafili z tego wyjść z wdziękiem (np. Henryk Niebudek), niektórzy mylili się, wymawiając imię brata Ofelii, a scena finałowa, kiedy trup ściele scenę, mam wrażenie, że rozwija się za szybko i to do tego stopnia, że nie wiadomo było, gdzie patrzeć.

W pospektaklowej pamięci pozostanie mi nie najsłynniejszy monolog świata (choć przyznaje, że robił wrażenie), ale scena walki pomiędzy Hamletem a Laertesem. Widać, że panowie sporo nad tym pracowali i mimo tego, że pewnie wiedzą dokładnie jaki będzie kolejny ruch przeciwnika, to i tak to wygląda bardzo realistycznie. Trzeba zaznaczyć jednak, że spora w tym zasługa Przemysława Wyszyńskiego, który przygotowywał aktorów do tej sceny. Podobał mi się również zabieg zastosowany w ostatniej scenie. Nie będę dużo zdradzać, zaznaczę tylko, że jest to swoiste nawiązanie do Trenu Fortynbrasa” Zbigniewa Herberta.

Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną, chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka”.

Spektakl ma naprawdę ogromny potencjał, ale potrzebuje czasu, a raczej potrzebują go niektórzy aktorzy. W momencie, kiedy wskoczą na taki poziom, o którym myślę, to będę w stanie nawet przymknąć oko na tę pałacową scenografię. Jestem naprawdę bardzo ciekawa, jak ten spektakl będzie wyglądał za parę miesięcy. A na pewno przyjadę to sprawdzić.

pasma kultury

Hamlet, reż. Franco Zeffirelli
To była pierwsza adaptacja tej sztuki, jaką dane było mi oglądać. W związku z tym mam do tego filmu ogromny sentyment, a sam Mel Gibson jest tam zachwycający.

Tren Fortynbrasa, Zbigniew Herbert
Pamiętam, że intensywnie wałkowaliśmy ten wiersz w liceum. Teraz do mnie powrócił jak bumerang i myślę, że warto, abyście również się z nim zapoznali. Można przeczytać go na przykład TUTAJ!

Hamlet Stanisława Wyspiańskiego, reż. Jerzy Grzegorzewski
To sztuka, gdzie czasy elżbietańskie łączą się z naszą Młodą Polską. Stanisław Wyspiański popełnił kiedyś dzieło pt.: Studium o Hamlecie. Jerzy Grzegorzewski, nie dosyć, że oparł swoją sztukę o ten tekst, to dorzucił tam również Wyzwolenie Wyspiańskiego oraz fragmenty Hamleta, oraz Makbeta Williama Szekspira. W główną roli możemy zobaczyć Wojciecha Malajkata i już dla niego samego warto obejrzeć ten spektakl. Krótką, bo lekko ponad godzinną sztukę obejrzycie TUTAJ.

7 powodów, dla których warto zobaczyć spektakl „Młynarski. Chory na muzykę” (Szkoła Aktorska Teatru Śląskiego)

Ponadczasowe teksty, wspaniała muzyka i wielkie postaci – to tylko kilka z wielu zalet spektaklu wystawianego na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach.

Continue reading „7 powodów, dla których warto zobaczyć spektakl „Młynarski. Chory na muzykę” (Szkoła Aktorska Teatru Śląskiego)”

A może my też skończymy jak ten żółw? – „Smutek i melancholia” (warszawski Teatr Dramatyczny)

„Bardzo chciałbym umrzeć.
W tej piaszczystej niecce, w której się urodziłem.
Z widokiem na morze. Bardzo spokojnie i o zachodzie słońca”.

Continue reading „A może my też skończymy jak ten żółw? – „Smutek i melancholia” (warszawski Teatr Dramatyczny)”

Polska jest the best…! – „Bem. Powrót Człowieka-Armaty” (Pożar w Burdelu, Teatr Syrena w Warszawie i Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach)

Ręka w górę, kto bez zastanowienia powie mi, kim był Józef Bem? No, nie widzę. Jednak nie potępiam, bo muszę przyznać, że do momentu obejrzenia tego spektaklu moja wiedza o nim była zerowa. Chyba że kojarzenie piosenki Niemena się liczy?

Continue reading „Polska jest the best…! – „Bem. Powrót Człowieka-Armaty” (Pożar w Burdelu, Teatr Syrena w Warszawie i Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach)”