Z maską władzy na oczach – „Kaligula” Teatr Polski we Wrocławiu

Wiesz, jak uczyłam się historii podczas mojej wieloletniej edukacji? Podstawówka – zaczynaliśmy od starożytności i lecieliśmy w stronę „dokąd zdążymy”. Gimnazjum – tak samo! Liceum – nie będę nawet opisywać tej komicznej, ostatniej lekcji przed maturą, podczas której pani profesor na szybko próbowała nam pokazać, czym był PRL. W związku z tym – starożytność powinnam mieć w małym palcu. Czy usłyszałam na tych lekcjach o Kaliguli? Nie przypominam sobie. A ty?

1400 dni – tyle trwały rządy Gajusza Juliusza Cezara Germanikusa (Caligae, czyli Kaligula to jego przezwisko z dzieciństwa i oznacza nazwę sandałów, które nosili legioniści). Początkowo nic nie wskazywało na to, że będą to rządy terroru oraz bezwzględności, chociaż już wtedy krążyły pogłoski na temat tego, że cesarz otruł swojego poprzednika i zmusił do samobójstwa własną babkę. W 37 roku n.e. Kaligula przeszedł zapalenie mózgu i stał się zupełnie innym człowiekiem. Nie było zbrodni czy deprawacji, na którą nie było go stać (ciekawych historii tego cesarza odsyłam do artykułu na stronie Imperium Romanum).

Spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu to adaptacja dramatu Alberta Camusa, w którym cesarz Kaligula znika po śmierci siostry, a zarazem kazirodczej ukochanej Drusilli. Wraca po trzech dniach odmieniony i rozpoczyna absurdalne, pozbawione logiki rządy oparte na terrorze i okrucieństwie, co nie spotyka się z aprobatą patrycjuszy, którzy zawiązują spisek przeciw nieobliczalnemu władcy.

Za reżyserię spektaklu odpowiada Robert Czechowski (dyrektor Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze), dla którego jest to już trzecie spotkanie z dramatem francuskiego pisarza. Tym razem reżyser uderzył w bardzo nowoczesne tony, co jeszcze bardziej podkreśliło uniwersalność tego tekstu.

W tym spektaklu rola Kaliguli została powierzona dwójce młodych aktorów – Hubertowi Kowalczysowi oraz Pawłowi Wydrzyńskiemu, którzy dobrze poradzili sobie z debiutem scenicznym. Byli jak dwa umysły w jednym cesarskim ciele. Jeden bezwzględny, drugi emocjonalny. Ta koncepcja bardzo mnie zaciekawiła, została zrealizowana w ciekawy sposób, jednak momentami czułam niedosyt i myślę, że potencjał tej dwoistości ma jeszcze pole do rozwoju.

W bardzo ekscentryczną oraz zapadającą w pamięć rolę wciela się Mariusz Kiljan. Jego Helikon momentami był bardziej szalony niż sam cesarz Rzymu! Wnosi na scenę dużo energii, jest niczym nadworny błazen, który wie, komu ma być wdzięczny za życie, a na kim się odegrać. Uwagę zwraca również Krzysztof Kuliński, który jako Cherea knuje przeciwko swojemu władcy, aby wreszcie stanąć z nim twarzą w twarz i otwarcie powiedzieć mu o tym, co planuje. Ta konfrontacja była jedną z najlepszych scen w całym spektaklu.

Cały spektakl jest utrzymany w bardzo mrocznym i ponurym klimacie, który czasami wprowadzał mnie w niemały dyskomfort. Niewątpliwie ogromną rolę mieli w tym tancerze, którzy wili się w spazmach, wpadali w przedśmiertne drygawki, a ich choreograf (Piotr Mateusz Wach) wcielający się w rolę Oddechu Kaliguli był wręcz hipnotyzujący i jednocześnie przerażający.

Nowoczesność spektaklu przejawia się w rockowym ubiorze Kaliguli, który w kolejnych scenach zamienia się w przepiękną cekinową szatę/suknię, nieco kosmicznych strojach Cherei oraz Helikona, a także perwersyjnych strojach Patrycjuszy autorstwa Adama Królikowskiego oraz muzyce Damiana – neogenna – Lindera, która w pulsującym rytmie prowadzi nas przez cały spektakl.

Niestety uważam (i to nie jest wina twórców czy teatru), że ten spektakl bardzo dużo stracił na transmisji online. Konfrontacja Kaliguli ze spiskowcem Chereą, uczta, podczas której zostaje zbita matka jednego z Patrycjuszy, a także pokazanie jakim kultem otoczony był cesarz – mam pewność, że te sceny na żywo wyglądają jeszcze lepiej. Liczę na to, że wtedy zniknęłyby również dłużyzny, które czułam podczas oglądania transmisji internetowej. Nie ukrywajmy – odbiór teatru własnym okiem jest zupełnie inny.

fot. Jarek Kuśmierski

To jeden ze spektakli, który trzeba w sobie przeżyć. Z jednej strony to była ta drażniąca transmisja online, a z drugiej – cisza po zakończeniu spektaklu (i naprawdę mocnej scenie finałowej) była zbawienna i nie wymuszała na człowieku natychmiastowej reakcji. Robert Czechowski świetnie zinterpretował postać nieobliczalnego cesarza i pokazał świat ludzi, którzy zaślepieni władzą są w stanie zrobić wszystko, a jeśli do tego mają publikę – czują się niczym bogowie.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i teraz, nie jeden Kaligula chodzi po świecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: