Terapia nie z tej ziemi – „Boże mój!” (Teatr Polonia w Warszawie)

„Gdzie jest Bóg?” – takie pytanie wielu z nas stawia, kiedy w życiu naszym czy innych ludzi dzieje się coś złego. A jeżeli on jednak nie jest wszechmocny? A na dodatek ma dosyć nas, siebie, swojego „życia” i najzwyczajniej w świecie popadł w depresję.

Ella na co dzień jest terapeutką samotnie wychowującą nastoletniego syna – Liora, który cierpi na autyzm. Codziennie zmaga się nie tylko z problemami pacjentów, ale również swoimi własnymi. Działa w tym sama – przynajmniej tak jej się wydaje. Pewnego dnia zgłasza się do niej tajemniczy Pan B. Mężczyzna jest wyraźnie załamany i nalega, aby Ella przyjęła go na sesję terapeutyczną. Ta dość niechętnie, ale zgadza się i zaprasza nieznajomego do swojego domu. Początkowo podejrzewa pacjenta o członkostwo w Mosadzie (izraelska służba wywiadowcza), bo ten wie o niej zaskakująco sporo, ale Pan B. jest postawiony znacznie wyżej. Im dłużej rozmawiają, tym bardziej się przed nią odsłania, aby w końcu powiedzieć: „Jestem Bogiem”. Żeby tego było mało, jego terapeutka jest ateistką. Jak zakończy się te, dość nietypowe i pełne sprzeczności spotkanie?

lq9a0385_prevka.jpg
fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Autorką tekstu jest Anat Gov – izraelska dramaturg, której tekst „Boże mój!” nie jest wystawiany w Polsce po raz pierwszy. Adaptacja Teatru Polonia w koprodukcji z Teatrem STU z Krakowa jest już 4 podejściem do tego utworu. Jestem bardzo ciekawa, jak wyglądały pozostałe interpretacje, bo mój największy problem polega na tym, że nie zachwycił mnie tekst tego dramatu. Teatr Polonia w swoim opisie zapowiada, że Gov „Powraca (…) do najważniejszych kwestii związanych z naszym losem, na nowo stawiając fundamentalne pytania”. Nie dla mnie. Ja na scenie zobaczyłam bajkę, przypomnienie najważniejszych historii ze Starego Testamentu połączonych z czasami bardziej, czasami mniej zabawnym komentarzem. Z naciskiem na to drugie. Najbardziej irytował mnie ten nagminnie powtarzający się żart z Ellą wykrzykującą „O mój Boże!” i Panem B., który za każdym razem na to reagował. Ile można? Albo Ella naskakująca na Boga, że nie potrafi naprawić DVD. Naprawdę? Nie wiedziałam, że Bóg, który teoretycznie bytuje sobie gdzieś tam w chmurach, musi również potrafić naprawiać sprzęt RTV.

Z drugiej strony cieszy mnie poruszenie tematu autyzmu, bo niepełnosprawność to jedna z kwestii, którą również powinno pokazywać się w teatrze, by przybliżyć ludziom trochę życie takich osób i ich otoczenia (i tutaj warto zwrócić uwagę, między innymi, na scenę, kiedy Lior w napływie radości niszczy ramę z plakatem, w związku z tym jego zadowolenie zmienia się w panikę i tylko Ella wie co zrobić, aby chłopak się uspokoił).

Na szczęście reżyser Andrzej Seweryn dobrał sobie do współpracy bardzo zdolnych ludzi, co pozwoliło mi nie spisać tego spektaklu całkowicie na straty. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Ignacy Liss – student II roku Akademii Teatralnej (!!!), który wcielił się w postać Liora. Widać było, że porządnie przygotował się do tej roli i był w tym naprawdę przekonujący. Trzeba zaznaczyć, że jak na debiut, to poradził sobie naprawdę bardzo dobrze. Po tym, co zobaczyłam, mogę polecieć klasykiem, że: „dobrze się zapowiada”.

Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie również Maria Seweryn, którą miałam okazję widzieć na scenie po raz pierwszy. Jej Elle to bardzo silna, niezależna, ekspresyjna kobieta, pod której twardą skorupą kryją się jednak niepewności oraz słabości. Jest zdecydowanym przeciwieństwem Pana B. (w tej roli Krzysztof Pluskota – aktor krakowskiego Teatru STU), który jest nieco anemiczny (poza momentem, kiedy wszystkim swoimi nadprzyrodzonymi siłami zamyka Elle usta), bywa płaczliwy (to w jednym miejscu było za bardzo przerysowane) oraz dostojny. W mojej wizji rolę Boga mógłby grać ktoś starszy, ale nie mówię nie. Niech Bóg będzie nam bliższy. Dobrze.

Spodobała mi się również bardzo oszczędna, ale piękna muzyka autorstwa Antoniego Komasy-Łazarkiewicza oraz niezwykle wyważone kostiumy i scenografia, za którymi stoją Małgorzata Iwaniuk oraz Aleksandra Starzyńska. Bardzo ujęła mnie gra światłem (Yann Seweryn), które idealnie reagowało na to, co się dzieje na scenie. I te przepiękne wizualizacje deszczu, które pojawiają się pod koniec spektaklu. Cudowne!

I jest problem, ponieważ z jednej strony otrzymałam naprawdę fajnie zorganizowaną grupę aktorów, do tego świetną otoczkę techniczną, a z drugiej strony jest ten niezbyt pociągający dla mnie tekst, który mógłby robić za powtórkę ze Starego Testamentu, a nie rozważania nad ludzkim życiem. Owszem, pojawiło się tam parę takich wątków jak np.: niszczenie środowiska przez ludzi, ale odniosłam wrażenie, że autorka potraktowała je bardzo powierzchownie i bezrefleksyjnie.

„Boże mój” to powiastka, bajka z banalnym i bardzo przewidywalnym zakończeniem. Taki rodzaj teatru średnio mi odpowiada, to chyba nie jest mój żart i nie przekonuje mnie takie opowiadanie historii. Nie mogę jednak powiedzieć, że było tragicznie (choć takie właśnie było moje pierwsze wrażenie), ponieważ parę plusów się znalazło. Iść czy nie iść? Uważam, że zawsze warto pójść i sprawdzić własne reakcje.

Zdjęcia: Katarzyna Kural-Sadowska

Na potrzeby tej recenzji korzystałam z tekstu sztuki „Boże mój!” Anat Gov, udostępnionego mi dzięki uprzejmości Agencji Dramatu i Teatru ADiT.

 ADiT

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s