Tolerancja między butami – recenzja musicalu „Kinky Boots” (warszawski Teatr Dramatyczny)

Nie zawsze to, co widzimy na pierwszy rzut oka, pokazuje całą prawdę o człowieku.

IMG_20170709_120438.jpg
fot. Zych Katarzyna

Edit z 8 czerwca na samym dole wpisu 🙂

„Kinky Boots” to historia Charliego, który będąc synem właściciela fabryki butów „Price i syn” ma zostać jego następcą. Sęk w tym, że Charlie nie chcę przejmować schedy po ojcu, ale kiedy pan Price umiera staje się to nieuniknione. Młody Price dowiaduje się wtedy, że fabryka ma problemy ze sprzedawaniem swoich wyrobów – eleganckich, męskich butów. Chce zamknąć interes, ale pod wpływem jednej z pracownic – Lauren – zaczyna szukać niszy, dla której mógłby tworzyć buty. I tutaj w jego życiu pojawia się Lola – pewna siebie oraz posiadająca zabójczy głos draq queen. Pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, ale mimo tego, zaczynają wspólnie tworzyć seksowne obuwie na szpilkach… dla mężczyzn.

kinkyboots3.jpg
fot. Krzysztof Bieliński

„Panie i panowie oraz wszyscy ci, którzy jeszcze nie zdecydowali się na swoją płeć!” – tak zwracają się do widowni artyści wcielający się w dwóch głównych bohaterów tego musicalu. Charlie, Lola, fabryka butów – to tylko tło dla najważniejszego przekazu tego spektaklu. Jednym z ważniejszych aspektów pojawiających się w tym przedstawieniu jest akceptacja kogoś, ale również samego siebie. Jeden z bohaterów otrzymał zadanie – „Spróbuj zaakceptować kogoś takim jaki jest”. Z pozoru łatwe, ale czy na pewno? Kolejne kwestie to tolerancja, ale także relacje na linii ojciec-syn, gdzie ten starszy ma jakąś wizję dotyczącą życia swojego potomka, a młodszy idzie zupełnie inną ścieżką i chce po prostu być sobą.

kinkyboots2
fot. Krzysztof Bieliński

Spośród aktorów najjaśniejszą gwiazdą był Krzysztof Szczepaniak. Niestety był to dopiero mój pierwszy spektakl w warszawskim Teatrze Dramatycznym (ach, te odległości ;( ), ale za każdym razem kiedy czytam jakąś recenzję spektaklu, z tego teatru, to najczęściej właśnie ten aktor zgarnia najwięcej pochwał. U mnie nie będzie inaczej, bo zdecydowanie mu się należy. To bardzo plastyczny aktor – odnajduje się i w komedii i w dramacie, i wreszcie w musicalu. Niezwykłym walorem jest jego głos. Jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy wśród aktorów występujących w tym musicalu. Chylę czoła za te długie sukienki oraz obcasy. Wiadomo, że taki efekt mogły dać tylko miesiące prób, ale to naprawdę robi wrażenie jak facet chodzi, a nawet tańczy w takich butach. Sukienki a’la Tina Turner i twarz żaby Moniki (sam aktor się tak określił ;)), ale kreacja fantastyczna!

kinkyboots8.jpg
fot. Krzysztof Bieliński

Szczepaniak, Szczepaniakiem, ale nie można ujmować niczego również Mateuszowi Weberowi, który wcielił się w rolę Charliego oraz Annie Szymańczyk grającej roli Lauren, bo to są naprawdę bardzo dobrze wykreowane postacie. Z aktorów warto też docenić całą czwórkę aktorów wcielających się w postacie Aniołków Loli, którzy przez cały spektakl nosili na nogach obcasy, a także tańczyli w nich i skakali, jak gdyby były to trampki 🙂 Zaskoczył mnie Maciej Radel – w mojej głowie zakorzenił się jak aktor serialowy, a tutaj – proszę bardzo! Kilka razy się przyglądałam, czy to na pewno on. Mam nadzieję, że zobaczę go jeszcze w jakimś spektaklu. Brawa również należą się wszystkim aktorom, którzy bez wyjątku wyszli na scenę w „kinky boots”, czyli kozakach na 12 centymetrowych szpilkach i razem zatańczyli w wielkim finale. Jeden, jedyny minus jest taki, że w niektórych momentach np. tych zbiorowych, widać, że musical w tym teatrze nie jest na porządku dziennym, ale patrząc na całość – efekt jest powalający.

kinkyboots15.jpg
fot. Krzysztof Bieliński

Muzyka jest bardzo nietypowa jak na musical – usłyszeć tu można disco, pop, soul, a nawet ballady na miarę Whitney Houston. Wszystko za sprawą jej autorki, czyli Cindy Lauper – najbardziej barwnej postaci lat 80. Kolejno pojawiające się piosenki sprawiały, że miałam ochotę wstać i tańczyć razem z artystami. Fantastyczne uczucie! Ciekawym rozwiązaniem było też to, że muzyka była grana na żywo, a nie nagrana wcześniej i puszczona z głośników. Mam nadzieję, że Teatr Dramatyczny zdecyduje się na wydanie płyty z polskimi wersjami tych piosenek. Byłoby wspaniale! W wideo próbka muzyczna z londyńskiego West Endu, który zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, niż wersja z Broadwayu.

Ze względu na moją ułomność w znajomości języka angielskiego, nie mogę się mądrzyć na temat tłumaczeń piosenek. Co do pojedynczych słów, to cieszę się, że tłumacz, czyli Michał Wojnarowski, tytuł pozostawił bez zmian. Polskie odpowiedniki słowa „kinky” – skręcony, perwersyjny, dziwaczny… W połączeniu z butami – no nie brzmi. Tak samo jak tytuł filmu, który jest podstawą dla całego musicalu i po polsku został on przetłumaczony jako „Kozaczki z pieprzykiem”.

Prawie 3 godziny śmiechu, zabawy, dobrej muzyki, ale także pewnej refleksji. Wizyta w Teatrze Dramatycznym wcale nie sprawiła, że nie poczułam się zgorszona, a moje uczucia religijne nie zostały urażone, jak to sugerują pewne środowiska prawicowe. Uważam, że na ten spektakl powinna chodzić młodzież i może wtedy inaczej postrzegałaby kwestie tolerancji. Bo niestety wśród nich z tym jest coraz gorzej, nie uważacie? Ale nie można winić za to tylko młodych, ponieważ przykład idzie z góry. Także zdecydowanie zapraszam na ten spektakl każdego! 

Po zakończeniu spektaklu miałam cel – spotkać Krzysztofa Szczepaniaka i chociaż z nim pogadać. Oczywiście jako, że nie jestem stałą bywalczynią w Warszawie, to postanowiłam zagadać do kogoś w holu teatru, kto być może ma taki sam cel jak ja. I tak poznałam Kingę i Julię – oczywiście pozdrawiam! 😉 Okazało się, że są z Warszawy, ale nie do końca. Mimo wszystko – powiększa mi grono znajomych w tej stolicy, nie ma co 🙂 W ogóle uważam, że w otoczeniu, w którym uwielbia się przebywać, zawsze poznaje się najlepszych ludzi 😉 Odstałyśmy co trzeba i udało się 🙂 Pamiątkowe zdjęcie i krótka rozmowa (z perspektywą dłuższej w nowym sezonie ;)), mimo tego, że był zmęczony, są fajnym wspomnieniem tego wieczora 😉

unnamed
Na zdjęciu z Tomaszem Budytą oraz Krzysztofem Szczepaniakiem/

 

„Ja z aneksem…”  – 08.06.2018 rok

Bardzo się cieszę, że znowu mogłam zobaczyć ten spektakl, który pierwszy raz widziałam w wydaniu popremierowym. I moje zdanie się się nie zmieniło: to bardzo dobry spektakl! Mimo tego, że to nie teatr muzyczny i pewne rzeczy można byłoby doszlifować, ale całokształtowi mówię: tak!

Krzysiek Szczepaniak nadal jest wybitny – potrafi zrobić wielkie show jako Lola, ale również potrafi pokazać Simona, który bez peruki, cekinów, piór i tej całej kolorowej otoczki, jest bardzo wiarygodny i chwytający za serce. Tak samo jak Szczepaniak z poziomu nie schodzi również Mateusz Weber – świetnie śpiewa, tańczy oraz doskonale potrafi oddać wrażliwość i rozterki Charliego. Obaj panowie dobrze czują się ze sobą na scenie i bezbłędnie potrafili poradzić sobie w sytuacji kiedy to Loli przyczepiła się do mikroportu peruka i ewidentnie było widać, że obu panom chce się śmiać – ale wybrnęli!

Aniołki Loli – panowie są fantastyczni i zauważyłam coś czego nie widziałam przedtem. Zastanawiam się jak mi się to wcześniej nie rzuciło… na uszy? Jakub Szyperski wcielający się w rolę jednego z aniołków ma taki głos, że zastanawiałam się poważnie nad tym, czy to nie jest czasami podstawiona kobieta. Myślę: przecież to by było bez sensu! Patrzę w program – no nie! Dodatkowo ma delikatne rysy twarzy, co zdecydowanie pomogło mu wykreować rolę aniołka Loli.

Anna Szymańczyk w piosence The History of Wrong Guys podobała mi się o wiele bardziej niż wcześniej. Mam wrażenie, że złapała trochę luzu i po prostu w niej się bawi. Dodatkowo nadal nie mogę wyjść z podziwu nad Maćkiem Radlem, który w swojej solowej piosence pokazał, że ma bardzo ciekawy wokal i mam nadzieję, że jeszcze go w tym kierunku wykorzystają. Tym samy przestaje powoli dla mnie być „tym synem Phsemko z BrzydUli„. I jeszcze Mariusz Drężek, który swoimi solowymi popisami tanecznymi rozwala mnie na łopatki.

8 czerwca sala może nie była wypełniona po same brzegi, ale owacje na samym końcu były przeogromne. Po pierwsze oczywiście były one na stojąco, a aktorzy bisowali aż 6 razy! A ja miałam ochotę wskoczyć na scenę i tańczyć razem z nimi 🙂

Nadal będę uważać, że warto iść i zobaczyć Kinky Boots, bo to fenomenalna opowieść, która bawi, ale również porusza wiele społecznie ważnych kwestii. To dla mnie taki spektakl, który będę chciała oglądać jak najczęściej (w lipcu będzie 3 raz!) i kiedy będzie ściągany z afiszu, to wiem, że będę musiała tam być. Oczywiście mam ogromną nadzieję, że to stanie się w bardzo, bardzo, bardzo dalekiej przyszłości 🙂

Masz być, masz być tym kim chcesz!
Nie daj sobie wmówić, że coś robisz źle!
Masz być, z godnością żyć,
sobą cieszyć się, zwycięstwa śnić!

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Tolerancja między butami – recenzja musicalu „Kinky Boots” (warszawski Teatr Dramatyczny)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s