Męski świat – „Leningrad”, IMPART we Wrocławiu

„Męskie rozmowy, takie o życiu i śmierci, a rano – zrobię jajecznicę!”. Pamiętacie ten cytat? Klasyk klasyków, jeżeli chodzi o bajki. Nawiązałam do niego, bo „Leningrad” to też takie rozmowy o życiu i śmierci, ale z dodatkiem miłości i kobiet oraz bez jajecznicy. Chociaż… kto tam wie, co panowie robią za kulisami? 😉

Jeżeli pamiętacie jeszcze moją recenzję spektaklu „Miłość w Leningradzie” (Teatr Miejski w Gliwicach), to być może również kojarzycie fakt, że gliwicki spektakl powstał w nawiązaniu do wrocławskiej inscenizacji z 2009 roku pt.:„Leningrad”. Kiedy okazało się, że nadal można to zobaczyć – musiałam się tam pojawić!

Łukasz Czuj (reżyseria i scenariusz) to człowiek, który jest sprawcą tego całego rosyjskiego zamieszania. To za jego sprawą na scenie pojawił się duet Kiljan-Mars, a obok nich czteroosobowy, oczywiście męski zespół. Czuj wspólnie z nimi stworzył mieszankę wybuchową. Jednak cały spektakl zaczyna się spokojnie. Bardzo spokojnie…

W zawalonej butelkami suterenie widzimy ogromny stół, podupadłe fotele, jakieś szmaty zamiast drzwi. Na podłodze leży Max (Mariusz Kiljan) i powiedzieć, że ma kaca oraz problem ze wstaniem z prowizorycznego łóżka, to jak nie powiedzieć nic. Kilka minut później przy akompaniamencie stęków, jęków, przekleństw, samomotywowania się oraz najważniejszej na świecie nodze od stołu, w końcu dźwiga się z tej podłogi, by zacząć monolog do… swojej własnej prawej nogi, która nie chce z nim współpracować. Za chwilę do naszego lekko zawianego bohatera dołączają równie wstawieni kumple, w tym Fiodor (Tomasz Mars), który z marih… zieloną herbatą w kieszeniach zalicza gitarowe wejście smoka. I tak właśnie zaczyna się nasza podróż do rosyjskiego świata męskich rozmów o życiu, śmierci, miłości i kobietach.

„Leningrad” to spektakl muzyczny, w którym bohaterowie zwracają się do nas słowami piosenek Sergieja Sznurowa – lidera rosyjskiej grupy Leningrad. Wyłania się z nich obraz Sznurowa jako człowieka niepokornego, mającego gdzieś wszelakie zasady, będącego przeciwko rosyjskiemu systemowi, ale jednocześnie duszącego się w nim i potrzebującego wolności.

Pomiędzy piosenkami mamy oczywiście popis improwizacji w wykonaniu Mariusza Kiljana, który nie dosyć, że gra swoje, to również stara się pokazywać uniwersalność tego spektaklu, przenosić go trochę na grunt polski. Mam wrażenie, że ten człowiek mówi czasami, to co mu ślina na język przyniesie, dodatkowo sam się z tego śmiejąc. Na scenie towarzyszy mu trochę spokojniejszy Tomasz Mars, który ma za zadanie pilnować szalejącego kolegi. Bo Kiljan na scenie zapomina o całym świecie i później są takie sytuacje, że np. psuje żarówki. Jednak Mars nie tylko pilnuje, ale również świetnie śpiewa – o czym pisałam już w recenzji gliwickiego spektaklu i przeczytacie to TUTAJ.

Uwielbiam zabieg, który reżyser Czuj zastosował również w „Miłości w Leningradzie”, polegający na tym, że na początku widz może odnieść wrażenie, że to będzie jakaś zabawny, pijacki spektakl bez przesłania, ale im dalej tam siedzi, tym bardziej zaczyna zwracać uwagę na teksty. Teksty, które opisują Rosjan, ale równie dobrze mogą opisać też nas. Ot, taki słowiański uniwersalizm. Oczywiście można ten spektakl potraktować zero jedynkowo, ale ja nie należę do takich osób. Lubię szukać w spektaklach kontekstów. A tutaj one mogą się zmieniać w zależności od sytuacji politycznej czy społecznej.

Choreografia w tym spektaklu jest prosta jak budowa cepa (taniec wokół stołu to jej fundament), ale… nie o to tam chodzi! Tam chodzi po pierwsze o teksty Sznurowa, a po drugie o dobrą zabawę! Naprawdę żałuję, że na tym spektaklu trzeba siedzieć na krześle. Jasne, można czasami wstać – zdarza się na bisie – ale to jest taki repertuar, że najlepiej byłoby, żeby widzowie cały czas byli na stojąco. Jak na koncercie. Bo w gruncie rzeczy to jest trochę koncert. A trochę spektakl. Zdania są bardzo podzielone.

Ale co mnie w tym spektaklu najbardziej zachwyca? To, że grają go już od 10 lat! I nawet po tylu latach zapełnia się cała widownia, która śpiewa z artystami, a nawet się za nich przebiera (z wiadomych powodów bliski jest mi ten ostatni przypadek ;)). I wśród tych ludzi jest młodzież, dorośli i osoby w bardzo podeszłym wieku i wszyscy bawią się znakomicie. Co sprawia, że spektakl przyciąga tyle osób? Na pewno artyści, którzy chyba nie patrzą już, który to spektakl i cały czas grają, jakby to był ich pierwszy. To się ceni i jak dla mnie jest niezwykłym wyrazem szacunku do widza. Dodatkowo widać, że daje im to ogromny fun. Tak powinno być!

Ok! Mamy część pierwszą i część drugą. Aż samo się ciśnie na klawiaturę: to kiedy porównanie? A nigdy! Na początku był taki pomysł, ale uznałam to za coś sztampowego i nudne. Do głowy wpadł mi coś o wiele lepszegi. Postanowiłam napisać reportaż o fenomenie spektaklu „Leningrad”, który przenosi się również na gliwicką „Miłość w Leningradzie”. Tak, to jest ten mój tajemniczy projekt!

W związku z tym Sergiej Sznurow od jakiegoś czasu towarzyszy mi niemal codziennie, kiedy jadę na uczelnię, to podczytuję „Encyklopedię duszy rosyjskiej” Wiktora Jerofiejewa (polecam, swoją drogą!), a dzisiaj wybieram się na pierwszą rozmowę z reżyserem oraz scenarzystą tych spektakli – panem Łukaszem Czujem. Dużo pracy przede mną, ale mam nadzieję, że efekty będą zadowalające 🙂 I to nie tylko mnie, ale również dla Was. Trzymajcie kciuki 🙂

Reklamy

Bolesne niedopowiedzenie – „I że cię nie opuszczę” (warszawski Teatr Dramatyczny)

Aldona Figura przedstawia nam studium przypadku przemocy. Najważniejszym dla mnie jest to, że w tym wszystkim widzimy również, jak się ona rodzi oraz jakie są jej efekty.

Continue reading „Bolesne niedopowiedzenie – „I że cię nie opuszczę” (warszawski Teatr Dramatyczny)”

Donżuaneria po rosyjsku – „Kilka scen z życia” (warszawski Teatr Dramatyczny)

Spektakl oglądało się przyjemnie, ale nie wzbudził we mnie ogromnych emocji. Czułam się jak neutralny obserwator, który podgląda pełne problemów życie grupy znajomych sobie osób. I nic więcej.

Continue reading „Donżuaneria po rosyjsku – „Kilka scen z życia” (warszawski Teatr Dramatyczny)”

Po co iść do klubu, jak można pójść do teatru? – recenzja spektaklu „Miłość w Leningradzie” (Teatr Miejski w Gliwicach)

Nie oczekujcie klasycznego spektaklu. To nie jest nawet musical. To permanentna balanga, gdzie są tańce, śpiewy a alkohol leje się litrami. Jako widzowie jesteśmy na nią zaproszeni, ale czy wszyscy
są na to gotowi?

Continue reading „Po co iść do klubu, jak można pójść do teatru? – recenzja spektaklu „Miłość w Leningradzie” (Teatr Miejski w Gliwicach)”

Tak miało być! – „Fatalista” (warszawski Teatr Dramatyczny)

„Fatalista” w reżyserii Wojciecha Urbańskiego to rewelacyjnie zagrany, zabawny, ale również niepozbawiony refleksji spektakl. Bez zawahania napiszę, że to najlepsza z premier, które pojawiły się w Teatrze Dramatycznym od początku tego roku.

Continue reading „Tak miało być! – „Fatalista” (warszawski Teatr Dramatyczny)”

Terapia nie z tej ziemi – „Boże mój!” (Teatr Polonia w Warszawie)

„Gdzie jest Bóg?” – takie pytanie wielu z nas stawia, kiedy w życiu naszym czy innych ludzi dzieje się coś złego. A jeżeli on jednak nie jest wszechmocny? A na dodatek ma dosyć nas, siebie, swojego „życia” i najzwyczajniej w świecie popadł w depresję.

Continue reading „Terapia nie z tej ziemi – „Boże mój!” (Teatr Polonia w Warszawie)”